Naomi Klein „Doktryna szoku. Jak współczesny kapitalizm wykorzystuje klęski żywiołowe i kryzysy społeczne”
 
Fragment rozdziału 19.: „Oczyszczanie plaży. Drugie tsunami”. Przełożyli: Hanna Jankowska, Tomasz Krzyżanowski, Katarzyna Makaruk, Michał Penkala; Wydawnictwo MUZA, wydanie V, Warszawa 2020. 

 

 

 

Tsunami, które oczyściło linię brzegową niczym gigantyczny buldożer, stworzyło deweloperom szansę, o jakiej nigdy nie śnili, oni zaś postarali się szybko ją wykorzystać (Seth Mydans, „International Herald Tribune”, 10 marca 2005)[1]

 

 

 

Poszłam na plażę o wschodzie słońca w nadziei, że spotkam jakichś rybaków, zanim wypłyną na turkusowe wody na resztę dnia. Był lipiec 2005 roku i plaża była niemal pusta, jeśli nie liczyć kilku ręcznie malowanych drewnianych łodzi oraz małej rodziny, która szykowała się, by odpłynąć na jednej z nich. Czterdziestoletni Roger siedział na piasku, w sarongu, bez koszuli, i przy pomocy dwudziestoletniego syna Ivana naprawiał splątaną czerwoną sieć. Jenita, żona Rogera, okrążała łódź z rozżarzonym kadzidłem. „To prośba o szczęście – wyjaśniła. – I o bezpieczeństwo”.

 

 

Nie tak dawno temu na tej i innych plażach wzdłuż całego wybrzeża Sri Lanki trwała szaleńcza misja ratunkowa po najbardziej niszczycielskiej klęsce żywiołowej ostatnich lat. Fala tsunami, która przeszła w regionie 26 grudnia 2004 roku, pozbawiła życia 250 tysięcy osób, a 2,5 miliona straciło dach nad głową[2]. Sześć miesięcy później przybyłam do Sri Lanki, jednego z najmocniej dotkniętych kataklizmem krajów, żeby przekonać się, jak postępuje tam odbudowa i porównać jej efekty z sytuacją w Iraku.

 

 

W podróży towarzyszyła mi Kumari, działaczka z Kolombo, która brała udział w akcji ratunkowej i usuwaniu skutków kataklizmu i zgodziła się przyjąć rolę tłumaczki oraz przewodniczki po rejonie dotkniętym powodzią. Nasza podróż zaczęła się w Arugam Bay, wiosce rybackiej i zniszczonym kurorcie na wschodnim wybrzeżu, który rządowy zespół ds. odbudowy utrzymywał jako teren wystawowy – miejsce realizacji programu, „by odbudować lepiej”.

 

 

Tam właśnie spotkaliśmy Rogera, który już po kilku minutach przedstawił nam zupełnie odmienną wersję: projekt rządu nazwał „planem wypędzenia rybaków z plaży”. Stwierdził, że zamiar masowej eksmisji pojawił się dużo wcześniej niż gigantyczna fala, a tsunami, podobnie jak wiele innych katastrof, zostało wykorzystane, aby przepchnąć wielce niepopularny projekt. Od piętnastu lat, powiedział Roger, jego rodzina spędza sezon połowu w krytej liśćmi chatce na plaży w Arugam Bay, niedaleko miejsca, gdzie siedzieliśmy. Tak jak wiele innych rybackich rodzin trzymają łodzie przed chatkami, a to, co złowią, suszą na liściach bananowców na czyściutkim białym piasku. Dobrze żyli z turystami – w większości surferami z Australii i Europy, którzy zatrzymywali się w rozmieszczonych wzdłuż plaży hotelikach z hamakami od frontu i klubową muzyką z Londynu sączącą się z głośników umocowanych na palmach. W restauracjach kupowano ryby prosto z łodzi, a rybacy ze swoim barwnym, tradycyjnym stylem życia zaspokajali potrzebę autentyczności najbardziej wymagających turystów.

 

 

Przez długi czas między hotelami a rybakami w Arugum Bay nie było żadnych szczególnych konfliktów – po części z powodu trwającej w Sri Lance wojny domowej, która uniemożliwiała rozwój jakiegokolwiek przemysłu na większą skalę. Wschodnie wybrzeże wyspy było widownią najgorszych walk, ponieważ prawo do tamtejszych terenów rościły sobie obie strony – organizacja Tygrysy Wyzwolenia Tamilskiego Islamu (znane jako Tamilskie Tygrysy) z północy i syngaleski rząd centralny z siedzibą w Kolombo – żadna jednak nie była w stanie całkowicie ich kontrolować. Aby przedostać się do Arugam Bay, trzeba było lawirować w labiryncie punktów kontrolnych, ryzykując, że człowiek znajdzie się w ogniu walk lub stanie się ofiarą któregoś z samobójczych ataków bombowych (pas z ładunkami wybuchowymi jest właśnie wynalazkiem Tamilskich Tygrysów). We wszystkich przewodnikach można było znaleźć bardzo surowe napomnienia, aby turyści szerokim łukiem omijali niespokojne wschodnie wybrzeże Sri Lanki. Wprawdzie fale były tam nieodmiennie znakomite, ale ceną za nie były naprawdę poważne kłopoty.

 

 

Przełom nastąpił w lutym 2002 roku, kiedy to rząd w Kolombo i Tygrysy podpisali zawieszenie broni. Nie był to pokój, tylko wymuszona przerwa w działaniach wojennych, naruszana sporadycznymi atakami bombowymi lub zabójstwami. Mimo to jednak, gdy tylko drogi stały się przejezdne, przewodniki zaczęły promować wschodnie wybrzeże jako następny Phuket: wspaniałe warunki do surfowania, przepiękne plaże, superhotele, dobre jedzenie, szaleństwo przy świetle księżyca… „cudowne miejsce do imprezowania” – według Lonely Planet[3]. I właśnie Arugam Bay stało się centrum tych wszystkich atrakcji. Wystawienie wojskowych punktów kontrolnych oznaczało też, że rybacy z całego kraju mogli gromadnie wrócić na najbogatsze łowiska na wschodnim wybrzeżu, włączając w to także zatokę Arugam.

 

 

Na plaży zrobiło się tłoczno. Teren Arugam Bay uznano za port rybacki, ale miejscowi właściciele hoteli zaczęli narzekać, że chaty psują im widoki, a zapach schnących ryb odstrasza klientów (jeden z hotelarzy, holenderski ekspatriant, powiedział mi, że „jest coś takiego jak zanieczyszczenie węchowe”). Kilku zaczęło namawiać lokalne władze, żeby przeniosły łodzie i chaty rybaków do innej zatoki, mniej popularnej wśród zagranicznych turystów. Mieszkańcy wioski z kolei odparli, że żyją na tych ziemiach od pokoleń i że Arugam Bay to coś więcej niż przystań – to świeża woda i elektryczność, szkoły dla dzieci i rynek zbytu na to, co złowią.

 

 

Do eskalacji napięcia i groźby wybuchu doszło sześć miesięcy przed uderzeniem tsunami, gdy w środku nocy na plaży z tajemniczych przyczyn wybuchł pożar. Dwadzieścia cztery chaty rybackie zmieniły się w kupkę popiołu. „Straciliśmy wszystko, co mieliśmy – powiedział Roger o swojej rodzinie. – Cały dobytek, sieci i liny”. Kumari i ja rozmawiałyśmy z wieloma rybakami w Arugam Bay i wszyscy twierdzili, że było to podpalenie. Winili hotelarzy, którzy nie kryli się z tym, że chcą plaży dla siebie.

 

 

Jeśli jednak faktycznie chodziło o to, żeby wystraszyć rybaków, to zamiar się nie powiódł. Mieszkańcy wioski bardziej niż kiedykolwiek byli zdecydowani zostać, a ludzie, którzy stracili chaty, szybko postawili nowe.

 

 

Falom tsunami udało się dokonać tego, czego nie dał rady zrobić ogień: całkowicie wyczyściły plażę. Wszystkie obiekty o lekkiej konstrukcji zmyła woda – łodzie, chaty rybaków i bungalowy dla turystów. W liczącej 4000 osób społeczności 350 straciło życie; większość stanowili ludzie tacy jak Roger, Ivan i Jenita, ludzie żyjący z morza[4]. A pod gruzami i stosami ciał znajdowało się to, na co przez cały czas polował przemysł turystyczny – dziewicza plaża, z której morze do czysta zmyło wszystkie niepożądne ślady pracy ludzkich rąk, opustoszały eden. I było tak wszędzie, wzdłuż całego wybrzeża: spod uprzątniętych gruzów wyłonił się… raj.

Kiedy minęło niebezpieczeństwo i rodziny rybaków wróciły tam, gdzie kiedyś stały ich domy, zostały przywitane przez policję, która zakazała im odbudowy. „Nowe przepisy”, powiedziano im – żadnych domów na plaży, w ogóle niczego w odległości dwustu metrów od znaku, który zostawiła wysoka woda. Większość zgodziłaby się postawić budynki dalej od wody, tylko że we wskazanej odległości brakowało ziemi i w efekcie rybacy nie mieli dokąd pójść. Nową „strefę buforową” wprowadzono nie tylko w zatoce Arugam, ale wzdłuż całego wschodniego wybrzeża. Plaże stały się obszarem zakazanym.

 

 

Tsunami pozbawiło życia około 35 tysięcy mieszkańców Sri Lanki, a niemal milion zmusiło do porzucenia swoich ziem. Rybacy tacy jak Roger stanowili do 80 procent ofiar, w niektórych rejonach odsetek ten sięgnął nawet 98 procent. Aby otrzymać racje żywnościowe i niewielkie przydziały pomocy, tysiące ludzi opuściło plaże i zamieszkało w tymczasowych obozach w głębi lądu, wielu w długich ponurych blaszanych barakach, które tak szybko się nagrzewały i trzymały ciepło, że porzucali je i spali na zewnątrz. Z czasem obozy zarosły brudem i stały się wylęgarnią zarazków patrolowaną przez groźnie wyglądających, uzbrojonych w karabiny maszynowe żołnierzy.

 

 

Według oficjalnej wersji rządowej strefa buforowa została pomyślana jako środek bezpieczeństwa, mający zapobiec ewentualnym zniszczeniom, jakie mogłoby spowodować kolejne tsunami. Pozornie to rozumowanie miało sens, wiązał się z nim jednak pewien poważny problem – nie obejmowało przemysłu turystycznego. Wręcz przeciwnie, hotele zachęcano, aby zajęły całe cenne wybrzeże, gdzie wcześniej żyli i pracowali rybacy. Kurorty całkowicie zwolniono z obowiązku stosowania się do zasad wprowadzonych dla strefy buforowej: mogły robić, co chciały, dopóki klasyfikowały budowę jako „naprawę”, bez względu na to, jak blisko znajdowała się wody i w jak znacznym stopniu odbiegała od stanu pierwotnego. Dlatego w Arugam Bay jak plaża długa i szeroka wszędzie budowlańcy stukali młotkami i wiercili. „A turyści nie muszą bać się tsunami?” – chciał wiedzieć Roger.

 

 

Dla niego i dla innych ludzi żyjących z morza strefa buforowa była jedynie wymówką, która pozwoliła władzom zrobić to, co i tak chciały zrobić, nim nadeszła fala: oczyścić plażę z rybaków. Choć bowiem połowy były wystarczające dla rybackich rodzin, nie przekładały się na wzrost ekonomiczny według miar takich instytucji jak Bank Światowy; dlatego ziemię, na której niegdyś stały chaty rybaków, z pewnością lepiej byłoby przeznaczyć na bardziej dochodowe przedsięwzięcie. Niedługo przed moim przyjazdem wyciekł do prasy dokument zatytułowany „Plan rozwoju zasobów Arugam Bay”, który potwierdzał najgorsze obawy rybaków. Rząd federalny zamówił u międzynarodowego zespołu konsultantów projekt odbudowy Arugam Bay i wspomniany plan był właśnie rezultatem jego działań. I choć tsunami zniszczyło tylko to, co znajdowało się tuż przy plaży, a większa część ocalała, zgodnie z projektem całe Arugam Bay miało zostać zrównane z ziemią i odbudowane, z uroczego nadmorskiego miasteczka w hipisowskim stylu miało zamienić się w luksusowy „butik dla turystów” – pięciogwiazdkowy kurort z ekskluzywnymi chatkami w cenie 300 dolarów za noc, pomostem dla wodnosamolotów i lądowiskiem dla śmigłowców. W sprawozdaniu entuzjazmowano się, że Arugam Bay ma stanowić wzór dla trzydziestu nowych pobliskich „stref turystycznych”, które nękane wojną wybrzeże Sri Lanki przemienią w południowoazjatycką Riwierę[5].

 

 

W wizjach i projektach artystów zabrakło miejsca dla jednego – dla ofiar tsunami, setek rybackich rodzin, które dotąd żyły i pracowały na plaży. Według raportu mieli zostać przeniesieni w bardziej odpowiednie miejsce, niekiedy oddalone od oceanu o kilka kilometrów. Co gorsza, projekt restrukturyzacji terenu, wycenionej na 80 milionów dolarów, miał być finansowany z pieniędzy zebranych w ramach pomocy ofiarom tsunami.

 

 

To zapłakane twarze rybaków ze Sri Lanki, Tajlandii i Indonezji wywołały historyczny przypływ międzynarodowej szczodrości po kataklizmie – to ciała ich krewnych leżały ułożone w stosy w meczetach; to ich łkające matki próbowały zidentyfikować potopione dzieci; to ich dzieci zabrało morze. A mimo to dla społeczności takiej jak Arugam Bay „rekonstrukcja” oznaczała rozmyślną destrukcję, celowe zniszczenie jej kultury i stylu życia oraz kradzież ziem. Jak powiedziała Kumari, rezultatem całego tego procesu odbudowy jest „wiktymizacja ofiar i wyzysk uciskanych”.

 

 

Kiedy plan restrukturyzacji wyszedł na jaw, wywołał oburzenie w całym kraju, zwłaszcza zaś w Arugam Bay. Zaraz po przybyciu do miasta natknęliśmy się z Kumari na kolorowy tłum demonstrantów ubranych w sarongi, sari, hidżaby i japonki. Zgromadzeni na plaży mieli właśnie przemaszerować przed hotelowymi frontonami do sąsiedniego Pottuvil, siedziby lokalnych władz.

 

 

Gdy mijali hotele, młody człowiek w białej koszulce i z czerwonym megafonem w ręce zaczął skandować: „Nie chcemy, nie chcemy…”, a tłum mu odpowiedział: „Hoteli dla turystów”. „Biali…” – zakrzyknął, a tłum dokończył: „Wynocha!” (przetłumaczyła z tamilskiego Kumari, przepraszając). Inny młody człowiek, o skórze zahartowanej przez słońce i ocean, przejął pałeczkę i wrzasnął: „Chcemy, chcemy…”, a z tłumu nadpłynęła odpowiedź: „Naszej ziemi z powrotem!”, „Naszych domów!”, „Przystani!”, „Naszych pieniędzy z pomocy!”. „Głód, głód!” – wykrzyknął mężczyzna, a reszta podjęła: „Głód zagląda rybakom w oczy!”.

 

 

Przed bramą budynku lokalnych władz przewodzący demonstracji oskarżali swoich reprezentantów, że ich opuścili, że są skorumpowani, a pieniądze z pomocy dla rybaków wydają na „posagi dla swoich córek i biżuterię dla żon”. Wypominali im też faworyzowanie Syngalezów, dyskryminację muzułmanów i wreszcie to, że „ludzie z zagranicy czerpią korzyści z naszego nieszczęścia”.

 

 

Wydawało się mało prawdopodobne, że skandowane przez nich hasła przyniosą jakikolwiek efekt. W Kolombo rozmawiałam z Seenivasagamem Kalaiselvamem, szefem Lankijskiej Rady ds. Turystyki, biurokratą w średnim wieku, który miał paskudny zwyczaj cytowania wartego wiele milionów dolarów „profilu osobowości marki” swojego kraju. Zapytałam go, co się stanie z rybakami z takich miejsc jak Arugam Bay. Rozparł się w rattanowym fotelu i wyjaśnił: „W przeszłości w pasie przybrzeżnym prowadzono rozmaitego rodzaju działalność bez pozwolenia (…) niezgodnie z planem rozwoju turystyki. Tsunami przysłużyło się przemysłowi turystycznemu, ponieważ większość z tych nielegalnych przedsięwzięć została dotknięta kataklizmem i wielu budynków po prostu już nie ma”. Jeśli rybacy powrócą i postawią je na nowo, „będziemy musieli znów je zburzyć. (…) Plaża pozostanie czysta”.

 

 

***

 

 

Przypisy:

[1] Seth Maydans, Builders Swoop in, Angering Thai Survivors, „International Herald Tribune”, 10 marca 2005.

[2] ActionAid International i in., Tsunami Response: A Human Right Assessment, styczeń 2006, s. 16, www.actionaidusa.org.

[3] Sri Lanka: A Travel Survival Kit, Lonely Planet, Victoria 2005, s. 267.

[4] John Lancaster, After Tsunami, Sri Lankans Fear Paving of Paradise, „Washington Post”, 5 czerwca 2005.

[5] Departament ds. Zagospodarowania Przestrzeni, Arugam Bay Resource Development Plan: Reconstruction Towards Prosperity, raport końcowy, 25 kwietnia 2005, s. 4, 5, 7, 18, 33; Lancaster, After Tsunami, Sri Lankans Fear Paving of Paradise, dz. cyt.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Teatr Powszechny
im. Zygmunta Hübnera
ul. Jana Zamoyskiego 20
03-801 Warszawa
Bilety 22 818 25 16
22 818 48 19
PARTNERZY
http://freshmail.pl/

PATRONI MEDIALNI
http://wyborcza.pl/0,0.html
http://wyborcza.pl/0,0.html?disableRedirects=true
http://cojestgrane24.wyborcza.pl/cjg24/0,0.html
https://www.tygodnikprzeglad.pl/